Ogród Botaniczny Uniwersytetu Wrocławskiego – ogród botaniczny założony we Wrocławiu w roku 1811 na terenie częściowo Ostrowa Tumskiego, częściowo odzyskanym po zburzonych na rozkaz Napoleona fortyfikacjach miejskich i po zasypanej północnej odnodze Odry (po tej odnodze rzeki pozostał w ogrodzie zbiornik wodny), ograniczonym W nocy z 22 na 23 lipca do obozu weszła Armia Czerwona. Wyzwolenia doczekała 480- osobowa grupa więźniów, głównie chorych i inwalidów oraz chłopów ze spacyfikowanych wsi lubelskich. Wkrótce na terenie Majdanka zorganizowano obóz NKWD dla członków Polskiego Państwa Podziemnego oraz wziętych do niewoli żołnierzy niemieckich. Budowa osiedla na terenie nazistowskiego obozu zablokowana. Konserwator chce go uznać za zabytek konserwator zabytków 20.03.2021, 07:08 Na czwartkowym posiedzeniu komisji kultury przedstawiła m.in. informację nt. powstania tam Europejskiego Centrum Edukacyjnego im. Henryka Sławika. Wiceminister Gawin na czwartkowym posiedzeniu sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu mówiła o potrzebie stworzenia „żywego i edukacyjnego” centrum w miejscu dawnego obozu w Gusen. Historia obozu 1940-1945. Obóz został założony na terenie przylegającym do cukrowni Zuckerfabrik Schottwitz (późniejsza Cukrownia Wrocław) położonym pomiędzy ulicami Dorpaterstrasse (obecnie Sołtysowicka) a Quer-Allee (obecnie Poprzeczna) w 1940 r. i działał do 7 maja 1945. Obszar 15 ha otoczony został ogrodzeniem z drutu Odsłonięcie pomnika na terenie byłego niemieckiego obozu Burgweide – Wrocław, 11 września 2023 roku 11 września 2023 w obecności przedstawicieli Instytutu Pamięci Narodowej oraz Urzędu Miejskiego Wrocławia, odsłonięto ponownie pamiątkowy głaz. Mieszkaniec Krakowa ustawił na terenie dawnego obozu KL Płaszów dwie ławki. No i się zaczęło. Mężczyzna został ostro skrytykowany m.in. przez wysokiego rangą urzędnika miasta, który porównał jego działania do mentalności hitlerowców. Te słowa skomentował prezydent Krakowa. B-13 zlokalizowanej na terenie dawnego obozu Auschwitz II-Birkenau. OGŁOSZENIE O ZAMÓWIENIU - Roboty budowlane. Zamieszczanie ogłoszenia: Zamieszczanie obowiązkowe. Ogłoszenie dotyczy: Zamówienia publicznego. Zamówienie dotyczy projektu lub programu współfinansowanego ze środków Unii Europejskiej . Nie Kulmhof w Chełmnie nad Nerem to pierwszy i najdłużej działający nazistowski ośrodek zagłady w okupowanej Europie. Stał się miejscem eksterminacji Żydów z ziem wcielonych do Rzeszy, w tym z getta łódzkiego, a także z innych krajów Europy. Mimo to obóz Do prokuratury trafiło zawiadomienie o odnalezieniu miejsca na terenie dawnego obozu NKWD nr 10 w Rembertowie, gdzie mogą być pochowani więźniowie. Aktualizacja: 01.12.2020 21:42 Publikacja HuNaKyz. Dokładnie 25 marca przed 10 laty została przeprowadzona reforma struktur administracyjnych Kościoła katolickiego w Polsce. Była ona największym po wojnie przeobrażeniem Kościoła w skali żadnym innym kraju naszego kontynentu Papież jednorazowo nie dokonał tak wielkich i gruntownych zmian w organizacji miejscowego Kościoła. Wydarzenie to – zdaniem sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski – bez przesady można porównać do powstania organizacji kościelnej na ziemiach polskich w roku tysięcznym. – Chodziło bowiem o dostosowanie struktury administracyjnej Kościoła do zmian, które rozpoczęły się w Polsce i w Europie po 1989 roku. Towarzyszyło temu dalekosiężne spojrzenie przyszłość – podkreśla bp Piotr Libera.*Punkt wyjścia: 27 diecezji*W chwili rozpoczęcia przemian ustrojowych w Polsce w 1989 r. Kościół katolicki miał 27 jednostek terytorialnych, w tym 5 archidiecezji, będących stolicami metropolii (prowincji kościelnych) i 22 diecezji. Wśród nich znajdowały się tzw. diecezje karłowate na wschodzie kraju: archidiecezja w Białymstoku i Lubaczowie oraz diecezja w Drohiczynie, obejmujące pozostałe w Polsce tereny, które wcześniej wchodziły w skład archidiecezji wileńskiej i lwowskiej oraz diecezji pińskiej. Pierwszą reformą strukturalną o wielkim znaczeniu duszpasterskim było reaktywowanie – po 44 latach formalnego nieistnienia – diecezji wojskowej, Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego. Biskupem polowym został ks. prał. Sławoj Leszek Głódź, dotychczasowy pracownik watykańskiej Kongregacji Kościołów Wschodnich. Podczas swego pobytu w Białymstoku 5 czerwca 1991 r. Jan Paweł II zmienił status dwóch jednostek „karłowatych” – archidiecezji w Białymstoku i diecezji w Drohiczynie, ustanawiając archidiecezję białostocką i diecezję drohiczyńską oraz mianując dotychczasowych administratorów apostolskich w tych miastach odpowiednio arcybiskupem białostockim i biskupem drohiczyńskim. Fakt ten miał dużą wymowę również w dziedzinie politycznej, gdyż w ten sposób nastąpiło faktyczne (i formalno-prawne) uznanie przez Kościół kształtu naszej granicy wschodniej. Stało się możliwe dzięki pewnej liberalizacji po drugiej stronie granicy, umożliwiającej odtworzenie tam struktur Kościoła katolickiego. Podczas 243. zebrania plenarnego Konferencji Episkopatu Polski (10 października 1990 roku) została ustanowiona specjalna Komisja ds. nowego podziału administracyjnego Kościoła w Polsce, której przewodniczył kard. Franciszek Macharski, metropolita krakowski. W ramach jej prac została rozpisana ankieta do wszystkich biskupów diecezjalnych w sprawie reorganizacji diecezji w Polsce. Do końca grudnia tego roku wpłynęły odpowiedzi ze wszystkich diecezji, które stały się podstawą do opracowania nowego podziału administracyjnego. Prace komisji – przy współudziale nuncjusza – trwały przez rok, a 30 października 1991 roku zostały przedłożone Stolicy Apostolskiej.*Biskupi bliżej wiernych*25 marca 1992 r. ogłoszona została papieska bulla Totus Tuus Poloniae populus, która w zasadniczy sposób zmieniła administracyjne oblicze Kościoła w Polsce. Powołanych zostało 13 nowych diecezji: bielsko-żywiecka, elbląska, ełcka, gliwicka, kaliska, legnicka, łowicka, radomska, rzeszowska, sosnowiecka, toruńska, warszawsko-praska i zamojsko-lubaczowska; a 8 dotychczasowych zostało podniesionych do rangi archidiecezji. Pociągnęło to za sobą zmiany wielkości i granic wszystkich dotychczasowych jednostek terytorialnych. W wyniku tych zmian Kościół katolicki w Polsce składał się z 41 jednostek terytorialnych, w tym 13 archidiecezji-metropolii, 26 diecezji, ordynariatu polowego i 1 archidiecezji (łódzkiej), nie posiadającej diecezji sufraganalnych, podlegającej bezpośrednio Stolicy Apostolskiej. Podstawowym celem tej reformy było „zbliżenie biskupów do wiernych” drogą znacznego ograniczenia wielkości diecezji, tak aby jej pasterz był w stanie utrzymywać rzeczywisty kontakt ze wszystkimi strukturami kościelnymi znajdującymi się na jej terenie. Po reorganizacji powierzchnia tylko 11 z 39 nowych diecezji przekraczała 10 tys. km kw., natomiast powierzchnia 28 diecezji liczy średnio kilka tysięcy km. kw. W ten sposób odległości w ramach diecezji wyraźnie się zmniejszyły – wcześniej bowiem przeciętna wielkość diecezji wynosiła 11,4 tys. km kw. Przed reformą największą pod względem obszaru była diecezja warmińska – liczyła ponad 24,5 tys. km kw., następnie archidiecezja wrocławska – ponad 20,6 tys. Po reformie roku 1992 – do największych należy diecezja koszalińsko-kołobrzeska z 15 tys. km kw., pelplińska z 13,4 tys. km kw. oraz szczecińsko-kamieńska 12,7 tys. km. kw. Te zaś, które przed 10 laty należały do największych – zmalały o połowę. Archidiecezja warmińska zajmuje obecnie powierzchnię 12 tys. km. kw., a wrocławska – 11,5 tys. km. kw. Natomiast spośród nowoutworzonych największa jest diecezja ełcka z 11 tys. km kw., ale najmniejsze – sosnowiecka i gliwicka liczą zaledwie po 2 tys. km diecezje zostały wydzielone na ogół z kilku wcześniej istniejących jednostek dlatego już na początku funkcjonowania nowych struktur administracji kościelnej natknęły się one na problemy związane ze scalaniem obszarów o różnych lokalnych zwyczajach. W niektórych – jak np. w diecezji bielsko-żywieckiej, która powstała z dwóch o wyraźnie odrębnych tradycjach religijnych – archidiecezji krakowskiej i diecezji katowickiej – różnorodność nie stanowi problemu i nikt na siłę nie próbuje unifikować w ramach jednej diecezji lokalnych tradycji Śląska Cieszyńskiego czy Żywiecczyzny. W rezultacie w różnych regionach diecezji są inne tradycje liturgiczne, np. na różne melodie śpiewa się te same pieśni kościelne. Jednak nie wszędzie te procesy scalania diecezji przebiegały z takim uszanowaniem lokalnej specyfiki. Nie wszędzie udało się scalić w jeden organizm diecezje złożone z kilku fragmentów różnych diecezji. Np. kaliska, powstała przede wszystkim z diecezji poznańskiej i włocławskiej, wyraźnie została zdominowana przez tradycję poznańską, część księży z dawnej diecezji włocławskiej do dziś uważa, że „poznaniacy” są promowani.*Biskupi – ilu i jacy?*Jednym z argumentów przemawiających za zwiększeniem liczby diecezji w Polsce był zdecydowany „przerost” liczby biskupów pomocniczych nad biskupami diecezjalnymi, którzy stanowili zaledwie ok. 20 proc. składu Konferencji Episkopatu Polski. Nuncjusz określał tę sytuację jako stwarzającą „problemy i niebezpieczeństwa nie tylko o charakterze organizacyjnym, ale także eklezjologicznym”. W wyniku reformy z 1992 roku rozwiązane zostały także nie mające uzasadnienia w nowej sytuacji, historyczne unie łączące archidiecezje: gnieźnieńską i poznańską (aeque principaliter) oraz gnieźnieńską z warszawską (ad personam). Z rozwiązaniem tej ostatniej łączył się bardzo delikatny problem ograniczenia dotychczasowych uprawnień Prymasa Polski, który dzierżył ten tytuł jako arcybiskup gnieźnieński, a jednocześnie piastował funkcję metropolity warszawskiego. Prosta likwidacja unii wymagałaby pozbawienia arcybiskupa warszawskiego tytułu Prymasa Polski. Znaleziono jednak rozwiązanie „salomonowe” postanawiając, że kard. Józef Glemp ma prawo do zachowania tytułu Prymasa Polski jako „kustosz relikwii św. Wojciecha, czczonych w katedrze gnieźnieńskiej” (pkt IV bulli). Rozważane było równocześnie inne rozwiązanie, zakładające, że Prymas Glemp pozostać miał w Gnieźnie, a w Warszawie mianowany zostałby tymczasowo „arcybiskup-administrator”. Papież dokonał też poważnych zmian w składzie Konferencji Episkopatu Polski: mianował 7 nowych biskupów, 10 innych podniósł do godności arcybiskupów, 11 biskupów pomocniczych mianował ordynariuszami, a 14 dalszych pomocniczych przeniósł z ich dotychczasowych diecezji do Totus Tuus Poloniae populus umożliwiała także odnowienie składu Episkopatu. Za jednym posunięciem Ojciec Święty odmłodził go, mianując biskupami pracowników Kurii Rzymskiej (Tadeusz Rakoczy – do diec. bielsko-żywieckiej), zakonników (Adam Śmigielski – salezjanin, Jan Chrapek – michalita), pracowników naukowych uczelni teologicznych (Tadeusz Pieronek, Wacław Świerzawski, Bronisław Dembowski).*Instytucje niezbędne w diecezji*Tworzenie diecezji nie dokonuje się wyłącznie poprzez decyzje papieskie. Były one wstępnym aktem prawnym inicjującym długi proces tworzenia wspólnoty wiernych Kościoła lokalnego i jego struktur organizacyjnych. Zgodnie z wymogami prawa kanonicznego w każdej diecezji niezbędne są różne instytucje i grona. Przede wszystkim kuria diecezjalna (biskupia), która koordynuje wszelkie działania duszpasterskie w diecezji. Tworzą ją osoby i instytucje, które wspierają biskupa w zarządzaniu diecezją, zwłaszcza w kierowaniu działalnością pasterską, administrowaniu diecezją i wykonywaniu władzy sądowniczej. To pewnego rodzaju centrum koordynacyjne we wszystkich diecezjach zostało powołane już w pierwszych miesiącach ich istnienia; niezbędna w diecezji jest też rada ds. ekonomicznych na czele której stoi biskup. On też powołuje ekonoma – do którego obowiązków należy administrowanie dobrami doczesnymi diecezji w sposób określony przez radę ekonomiczną. W każdej diecezji ustanowiono radę kapłańską – czyli zespół kapłanów będący jakby senatem biskupa i zarazem reprezentantem duchowieństwa. Jej zadaniem jest wspieranie biskupa w kierowaniu diecezją, posiada ona głos doradczy. Biskup powinien wysłuchać jej zdania w ważniejszych sprawach. Głos doradczy posiada również rada duszpasterska złożona z duchownych, członków instytutów życia konsekrowanego i świeckich wyznaczonych przez biskupa. Jej skład na ogół jest pewnego rodzaju odzwierciedleniem całej diecezji. W każdej z 13 nowoutworzonych w 1992 roku diecezji bez większych problemów działają dziś te instytucje, ale początki tworzenia diecezjalnych struktur nie były łatwe. Gdy przed 10 laty w diecezji warszawsko-praskiej kuria rozpoczynała swoją działalność – jej pomieszczenia biurowe – w tym samym budynku – sąsiadowały z przedszkolem, sklepem zoologicznym i z damskimi kapeluszami. Dziś przedszkole już się wyprowadziło, a na miejscu sklepów działa księgarnia i sklep z dewocjonaliami, często odwiedzane przez petentów diecezjalnych urzędów. W Legnicy natomiast nie tylko kuria diecezjalna, ale też seminarium duchowne i dom księży emerytów mieści się w budynkach dawnego sztabu wojsk radzieckich stacjonujących przed laty w Legnicy. Diecezja otrzymała te zabudowania – w stanie wymagającym kapitalnego remontu – jako rekompensatę za dobra kościelne zajęte przez władze po II wojnie światowej. Czasy się zmieniły i świadczy o tym również to, że w Ełku w przygotowanie odpowiednich budynków na siedzibę kurii i seminarium duchownego zaangażowały się lokalne władze samorządowe. Jednak diecezja – to nie tylko urzędy. One koordynują działania duszpasterskie na poziomie parafii. Trzeba zauważyć, że obecnie w Polsce jest ponad 10 tys. parafii natomiast przed reorganizacją struktur kościelnych w 1992 r. – było ich ok. 9 tys. Świadczy to o tym, że odchodzi się od tworzenia olbrzymich parafii np. 20-tysięcznych a dąży do zmniejszania ich liczebności, tak by realnym było objęcie duszpasterstwem mieszkańców danego terenu i by miały szansę stać się wspólnotami wspólnot. Obecnie, w skali kraju przeciętna parafia skupia 3,4 tys. wiernych. Przed reformą struktur na 1 parafię przypadało ponad 4 tys. wiernych. Zmniejszyła się także liczba wiernych statystycznie przypadających na 1 księdza. O ile na początku lat 90. na 1 księdza przypadało 1,5 tys. wiernych, to obecnie wielkość ta wynosi 1,2 tys. w skali całego kraju. Niewątpliwie wiąże się to nie tylko z większą ilością parafii ale także ze wzrostem liczby księży – chociaż w różnych regionych Polski kwestia ta przedstawia się odmiennie. Diecezje: tarnowska, przemyska, krakowska, rzeszowska nie mogą narzekać na brak księży – tam na 1 duchownego przypada ok. 800 wiernych. Natomiast w archidiecezji łódzkiej czy diecezji warszawsko-praskiej sytuacja jest zupełnie inna – na 1 księdza przypada ponad 2 tys. dla tych diecezji są przygotowujący się do kapłaństwa alumni – dlatego w każdej z nowych diecezji erygowano własne seminarium duchowne. Być może ma tu zastosowanie ewangeliczna zasada „kto ma, temu będzie dodane”, bo najwięcej kleryków kształci się w seminariach duchownych diecezji, które na brak kapłanów nie mogą narzekać. Rekordzistą jest diecezja tarnowska z ponad 300 alumnami. W nowych diecezjach liczba alumnów waha się od kilkudziesięciu do stu kandydatów do kapłaństwa w zależności od diecezji. Zdaniem Zbigniewa Nosowskiego, członka Papieskiej Rady ds. Świeckich seminaria duchowne w niektórych utworzonych przed 10 laty diecezjach są wciąż zbyt słabe. Nie mają jeszcze własnych profesorów a kadra wychowawców – z powodu młodego wieku – ma niewielkie doświadczenie pedagogiczne. – To może negatywnie odbijać się na edukacji, bo opiera się ona na bezpośrednim kontakcie profesora ze studentem – ocenia red. Nosowski. Jego zdaniem obecnie jedną z kluczowych spraw dla przyszłości Kościoła w Polsce jest formacja kapłańska i dlatego powinna ona stać na najwyższym poziomie. Nowe pokolenie księży – zwłaszcza w tych regionach, gdzie przydałoby się więcej duszpasterzy – czeka niełatwa praca – chociaż jak podaje Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego w skali całego kraju- w ciągu 10 lat funkcjonowania nowego podziału administracyjnego Kościoła w Polsce można było zaobserwować wzrost o 3,6 proc odsetka comunicantes – czyli liczby wiernych przystępujących do Komunii, to jednak odsetek dominicantes – uczestniczących w niedzielnej Mszy – mimo wahań w różnych okresach, utrzymuje się na podobnej wysokości jak przed 10 laty. Wtedy wynosił 47 proc., obecnie 46,9 proc. mimo że były lata (rok 1993) kiedy spadł nawet do 43,1 proc. Są to jednak wielkości średnie dla całej Polski – różnie bowiem sytuacja przedstawia się w poszczególnych regionach kraju.*Duszpasterstwo zaczyna się od Caritas*Jednym z pierwszych wyzwań stojących przed nowymi diecezjami byli biedni i potrzebujący. Znamienne, że działalność charytatywna, obok własnego seminarium, to jedno z głównych zadań jakie stawiali sobie biskupi nowych diecezji. Zdaniem bp. Kazimierza Romaniuka, ordynariusza diecezji warszawsko-praskiej, to bieda rzutuje na styl życia ludzi i rodzi różne niechlubne tradycje. „Są u nas rodziny, w których nie pracowali ani ojciec ani dziadek, więc młodzi dziwią się, że muszą teraz pracować” – opowiada bp Romaniuk. Dlatego jedną z pierwszych jego decyzji było powołanie diecezjalnej Caritas i promowanie wszelkich inicjatyw charytatywnych. Pierwszym dziełem Caritas była Jadłodajnia im. św. Brata Alberta, która obecnie wydaje 800 posiłków dla osób biednych i bezdomnych. Utworzono także internat dla dziewcząt specjalnej troski oraz noclegownię dla bezdomnych Obecnie na terenie diecezji działa ponadto: kilkanaście stacji opieki dla osób starszych i chorych. Pod opieką Caritas jest również Dom Opieki Dziennego Pobytu dla osób starszych w Mińsku Mazowieckim. W siedzibie warszawsko-praskiej Caritas działa także poradnia psychologiczna i rodzinna oraz punkt przyjmowania i wydawania odzieży dla potrzebujących. Co roku na dofinansowywane przez Caritas kolonie wyjeżdża 3,5 tys. dzieci. Jak wiele w tym względzie zależy od dalekosiężnych wizji biskupa diecezjalnego – potwierdza bogaty „dorobek” diecezji radomskiej, w której – pod 2-letnimi rządami bp. Jana Chrapka – powstało wiele placówek niosących pomoc osobom potrzebującym – oprócz nowych jadłodajni otwarto gabinet lekarski, z którego bezpłatnie mogą korzystać ludzie ubodzy oraz aptekę dla ubogich. Działa także bezpłatny telefon zaufania pod nazwą „Linia Braterskich Serc”. Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Radomia, w sanktuarium maryjnym w Kałkowie-Godowie, przy współpracy z Państwowym Funduszem Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, powstał Zakład Aktywizacji Zawodowej dla Niepełnosprawnych. Do wiejskich parafi na wiosnę wyruszy specjalny autobus z mammografem, bowiem diecezja opracowała własny profilaktyczny program walki z rakiem piersi. Trzeba przyznać, że nowa struktura Kościoła w Polsce – mniejsze odległości w diecezji, mniejsze parafie sprzyjają dotarciu ze skuteczną pomocą charytatywną do osób potrzebujących. Również biskup toruński Andrzej Suski wspominając początki diecezji stwierdza, że najpierw powstała diecezjalna Caritas a potem dopiero inne instytucje diecezjalne. – Zanim zabraliśmy się za renowację katedry wyremontowaliśmy obiekty służące potrzebującym – podkreśla. Po 10 latach w największych miastach diecezji toruńskiej działają trzy wielofunkcyjne ośrodki, które koordynują niesienie pomocy potrzebującym w obrębie określonego regionu, współpracują przy tym z parafialnymi zespołami Caritas. W każdym z tych centrów działa kuchnia dla ubogich i noclegownia, otwarte są domy środowiskowe, świetlice dla dzieci, udzielana jest pomoc terapeutyczna i w rehabilitacji. Chorych odwiedzają w domach wolontariusze i pielęgniarki, a w wakacje organizowane są kolonie i obozy dla dzieci z ubogich rodzin. To prawdziwe centra, które promieniują w swoim środowisku, bowiem oprócz etatowych pracowników współpracują z nimi liczni wolontariusze. Także w szkołach, za zgodą dyrekcji, powstają szkolne koła Caritas. Są one propozycją wychowawczą dla dzieci i młodzieży – przygotowują do altruistycznej postawy w inwestycją, którą podjęła diecezja toruńska jest utworzenie hospicjum na terenie dawnego obozu koncentracyjnego w Działdowie. – Żeby nie tworzyć kolejnych muzeów – bo nawet nie mamy eksponatów – a z drugiej strony, żeby zachować pamięć o tym miejscu, powstała idea, żeby niejako odwrócić sytuację – by zło dobrem zwyciężać – opowiada o inicjatywie utworzenia w Działdowie hospicjum bp Suski. Jego zdaniem, niesienie pomocy potrzebującym i jednoczenie wokół dobra to zadanie dla Kościoła dzisiaj.*Czy się udało?*Czy przeprowadzona przed 10 laty reforma struktur administracyjnych Kościoła zbliżyła biskupa do wiernych? Rozmówcy KAI podkreślali zgodnie, że na pewno skutecznie stworzyła ramy, aby biskupi mogli być bliżej ludzi. Czy za mniejszymi odległościami idzie większa duchowa bliskość, to zależy od każdego z biskupów indywidualnie – uważa Zbigniew Nosowski. Zdaniem szefa „Znaku” Jarosława Gowina: „Tam, gdzie nowe diecezje zostały powierzone biskupom o dalekosiężnych wizjach duszpasterskich życie religijne ożywa. W innych przypadkach decentralizacja przyniosła na krótką metę nawet szkody”. W tym kontekście niezwykle mocno brzmią słowa Jana Pawła II, które pojawiały się we wszystkich relacjach mediów z dziękczynnej pielgrzymki Polaków do Watykanu: „Trzeba ciągłego zbliżania biskupów do wiernych i wiernych do swoich biskupów”.Drogi Czytelniku,cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie! Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz prosimy Cię o wsparcie portalu za pośrednictwem serwisu Patronite. Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj. Z sędzią Marią Trzcińską, prowadzącą w latach 1974-1996 śledztwo w sprawie niemieckiego obozu koncentracyjnego w Warszawie, animatorką ruchu na rzecz pomnika dla Polaków wymordowanych w KL Warschau, rozmawia Justyna Wiszniewska 9 października br. minęła 65. rocznica powstania niemieckiego obozu koncentracyjnego w Warszawie KL Warschau (Konzentrationslager Warschau). Wciąż jeszcze wielu Polaków, a wśród nich mieszkańców stolicy nie wie, że taki obóz w ogóle istniał, gdyż przez wiele lat otaczała go zmowa milczenia. Czym więc był obóz KL Warschau? – Obóz koncentracyjny w Warszawie był obozem zagłady dla stolicy, która zgodnie z planami okupanta miała zniknąć – zarówno pod względem urbanistycznym, jak i ludzkim – na zawsze z mapy Europy. Na terenie obozu przeprowadzano systemowo masowe mordy mieszkańców, w wyniku których zginęło ok. 200 tys. osób. Po wojnie przejęty przez NKWD – UB był de facto następnym obozem koncentracyjnym dla Polaków. Jakie były ramy czasowe funkcjonowania obozu zagłady w Warszawie? – Jeżeli chodzi o czas rozpoczęcia działania obozu, to miarodajnie ustalił to IV Proces Norymberski, który zaliczył rozkaz Himmlera z 9 października 1942 r. do materiału dowodowego. Figuruje on w rejestrze pod numerem NO 1611. Rozkaz potwierdzał fakt funkcjonowania obozu od października 1942 roku. Kres działalności KL Warschau przyniosło Powstanie Warszawskie, jednak nie od razu, gdyż jeszcze do 8 sierpnia 1944 r. w komorach gazowych KL Warschau tracono ludność powstańczej Warszawy. Gdzie znajdował się obóz KL Warschau? – Zaczęło się od lagru na Kole, gdzie w Forcie Bema, jesienią 1939 r., Niemcy urządzili najpierw obóz jeniecki dla oficerów i żołnierzy Wojska Polskiego. Rozkazem Himmlera z 9 października 1942 r. obóz jeniecki został przekształcony w obóz koncentracyjny i rozbudowany. Na przełomie 1939 i 1940 r. dobudowano w lasku obok fortu 55 nowych drewnianych baraków i urządzono miejsca kaźni, w jednym z 9 obozowych murowanych bloków przy ul. Kozielskiej, przed wojną przeznaczonych na cele sportowo-jeździeckie. Poza tym wśród baraków we wspomnianym lasku znajdowała się słynna suterena, o której zeznawał śp. prof. Jan Moor-Jankowski. Mówił, że suterena ta mieściła ok. 300 więźniów jednorazowo, zaś tygodniowo przechodziło przez nią ok. 1000 osób. Przywożono tam mieszkańców Warszawy z łapanek, którzy potem, jak się okazało, wywożeni byli do komór gazowych. W lasku znajdowały się również miejsca rozstrzeliwań oraz – jak potwierdzili to biegli – „piecowisko” – miejsce palenia zwłok, utrwalone na zdjęciach lotniczych w kształcie dużej litery „T”. W tym samym czasie, gdy na Kole utworzono obóz koncentracyjny, zbudowano również dwa lagry w Warszawie Zachodniej na tyłach dworca PKP. Między tymi lagrami działały komory gazowe w tunelu. Jeden lagier – mniejszy, który miał ok. 20 ha, mieścił się przy ulicy Skalmierzyckiej. Drugi lagier wielkości ok. 30 ha znajdował się między ulicami: Mszczonowską, Bema, Armatnią i Prądzyńskiego. Ulica Bema zbiega się z Prądzyńskiego i – bardzo ciekawa rzecz – przy ulicy Prądzyńskiego znajdowała się stara gazownia miejska i dwa obozowe „baraki dyżurne”, usytuowane obok niej na skwerze im. Alojzego Pawełka, na którym obecnie ma stanąć pomnik ofiar KL Warschau. W gazowni składowany był gaz i dostarczany do komór gazowych w pobliskim tunelu. „Baraki dyżurne” i wyspecjalizowane komando elektryków zapewniały utajnienie i bezpieczeństwo zbrodniczego procederu. Stąd ulica Prądzyńskiego jest ważną ścianą obozową w Warszawie Zachodniej. Po całkowitej likwidacji powstania w getcie warszawskim i po wywiezieniu ludności żydowskiej do Treblinki Niemcy założyli na terenie dawnego getta obóz koncentracyjny dla Polaków złożony z dwóch lagrów. Wybudowano 24 baraki, z których 19 przeznaczonych było dla więźniów, a 5 na działalność rzemieślniczą. Do obozu należał też Pawiak i dawne więzienie wojskowe. Jeden lagier rozciągał się między ulicami: Zamenhoffa, Wołyńską, Glinianą, Ostrowską i wzdłuż Gęsiej do Okopowej. Była to tzw. Gęsiówka. Drugi lagier urządzono w pożydowskiej fabryce przy ulicy Bonifraterskiej. Pomiędzy ulicami Nowolipie i Nowolipki był podobóz dla Żydów i innych narodowości. O ile lagry na Kole i w Warszawie Zachodniej funkcjonowały od jesieni 1942 r., o tyle te działały po zagładzie getta. Lagier z barakami uruchomiony został 19 lipca 1943 r., a ten w pożydowskiej fabryce przy Bonifraterskiej rozpoczął działalność 15 sierpnia 1943 roku. Choć istniał podział funkcji między trzema częściami obozowymi, to KL Warschau stanowił zwarty kompleks, połączony wewnętrzną obozową obwodnicą kolejową. W ten sposób obóz ten był samodzielny, niezależny i pełnił zbrodnicze funkcje na podobieństwo zbrodni doskonałej. Miasto nie miało tam żadnego dostępu. Z uwagi na powojenne losy obozu próbowano przez szereg lat w ogóle kwestionować jego istnienie, natomiast dziś niektórzy historycy usiłują podważać istnienie trzech części obozu KL Warschau, sprowadzając go np. jedynie do obozu na Gęsiówce… – Granice KL Warschau wykazane są na zdjęciach lotniczych Wojska Polskiego z lat 1945-1947, na których widnieje 5 lagrów w trzech częściach Warszawy, połączonych kolejką obozową. Zdjęcia te w oryginale znajdują się w Archiwum Geodezji i Teledetekcji Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Dysponujemy też opisem kartograficznym tych zdjęć wykonanym przez Państwowe Przedsiębiorstwo Geodezji i Kartografii w Warszawie. Jeżeli więc ktoś twierdzi, że było inaczej, to zaprzecza oczywistym dowodom. Istnieje również mapa obozów sporządzona osobiście przez Rudolfa Hessa, szefa Urzędu D I w Głównym Urzędzie Gospodarki i Administracji SS, reprodukowana w pracy R. Schnabla „Macht ohne Moral” z 1957 roku. Figuruje na niej 900 obozów, wśród nich są bardzo wyraźnie zaznaczone obozy zagłady, Treblinka, Majdanek czy Oświęcim i właśnie KL Warschau, które oznaczone są – bez względu na wyznanie ofiar – krzyżem. Obozy niebędące obozami zagłady oznaczone są tylko trójkątami. W zależności od rozmiaru obozu różna jest liczba tych trójkątów oznaczających obóz, względnie skupiska obozowe. W przypadku oznaczenia KL Warschau mamy zarówno krzyż, jak i trzy trójkąty. Oznacza to, że był on obozem zagłady (vernichtungslager) i posiadał trzy skupiska obozowe. Były one na Kole, w Warszawie Zachodniej oraz na terenie zlikwidowanego getta. Spór dotyczy również liczby zamordowanych Polaków w KL Warschau… – W KL Warschau zginęło ok. 200 tys. ofiar, a nie 20 tysięcy. Główny sprawca zbrodni – dowódca SS i policji w Warszawie Otto Paul Geibl, w trakcie procesu w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie 25 maja 1954 r. zeznał, że ponieważ w Generalnej Guberni ginęło dziennie ok. 40 Niemców, to w odwecie za to w Warszawie, którą uczyniono odpowiedzialną za wszystko, co działo się w Generalnej Guberni, Niemcy tracili na dobę dziesięciokrotnie większą liczbę Polaków. Wynika z tego, że ginęło ok. 400 Polaków na dobę. Jest to kategoryczne stwierdzenie, zarówno jeśli chodzi o liczbę traconych, jak i fakt, że to byli Polacy. Warto wziąć również pod uwagę to, że Geibl zeznawał we własnej sprawie, więc nie miał interesu prawnego w tym, ażeby liczbę zamordowanych ofiar zawyżać. Osobiście podpisywał dzienne kontyngenty przeznaczone do stracenia, a ich wielkość po 400 Polaków na dobę narzucona była przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie. Jeżeli więc obóz działał dwa lata, to wychodzi nawet więcej ofiar niż 200 tysięcy. Ale uwzględniając także ustalenia drugiej strony, tj. polskich organizacji konspiracyjnych, które w raportach podawały dzienne straty na 300-400 osób, przyjęto w śledztwie globalne straty poniesione w KL Warschau w granicach dolnych na 200 tys. ofiar. Skąd wzięła się ta tendencja do zaniżania liczby ofiar obozu KL Warschau? – Powróćmy do czasów okupacji. Do getta przywożono nie tylko Żydów ze stolicy, ale również z innych dystryktów, nawet z Rzeszy i ze Słowacji na zasadzie różnych porozumień… Ważne jest to, że ci dowożeni nie byli rejestrowani, stąd po likwidacji getta nie można było podać ścisłej liczby ofiar. Z drugiej strony mamy Powstanie Warszawskie, którego uczestników po wojnie ówczesne władze próbowały obarczyć odpowiedzialnością za jak największą ilość zabitych. Wtedy dla zatarcia śladów KL Warschau, 100 tys. jego ofiar dołączono do nierejestrowanej ludności w getcie, a drugie 100 tys. do ofiar Powstania Warszawskiego. I to chwyciło. Konformistyczni i nieodpowiedzialni historycy podawali, że w Powstaniu zginęło jeśli nie 280 tys., to przynajmniej 250 tys. osób. Teraz nie mogą się z tego wycofać, bo podawana przez nich liczba stawia pod znakiem zapytania wartość ich publikacji. Ale są też inne motywy. Polska jako Naród nigdy nie zdecydowała się na kolaborację. Tylko Polska i Serbia nie utworzyły formacji SS. Jednak poszczególne jednostki kolaborowały w obozie z Niemcami. Potem, jak weszli Rosjanie i powstał nowy obóz, ci ludzie, aby uniknąć odpowiedzialności, poszli na współpracę z Rosjanami, a Rosjanie po rozwiązaniu obozu, w uznaniu ich zasług umieszczali ich na eksponowanych stanowiskach w organach PRL. Ci zaś, będąc na tych wysokich stanowiskach, znowu, aby uniknąć odpowiedzialności, wpływali na IPN. Czy to jest możliwe, aby te osoby dożyły jeszcze czasów IPN? – Niektórzy jeszcze żyją, nie wszyscy. Niekoniecznie chodzi też o tych, którzy wprost rozstrzeliwali czy gazowali, ale o powiązania rodzinne. Dlatego ta sprawa jest tak trudna i przez długi czas to była zbrodnia doskonała. Nie do wykrycia. Można było twierdzić, że obozu nie było, ponieważ „skasowano ofiary”, przyporządkowując je, jak już wspomniano, częściowo do ofiar Powstania Warszawskiego, a częściowo do ofiar getta. Mówiono: „Jeżeli był obóz, to pokaż ofiary!”. Na szczęście w śledztwie zdołano ustalić reprezentatywną liczbę ofiar zamordowanych w KL Warschau. Jak to się stało, że Pani zajęła się sprawą KL Warschau? – Jako sędziego Sądu Powszechnego delegowano mnie, a był to przydział rutynowy, do prac Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. Badałam sprawę egzekucji ulicznych, w których ginęło od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. Jak się szybko okazało, miało to znaczenie dla sprawy KL Warschau. Przesłuchiwałam świadków i pytałam ich, skąd tych ludzi przywieziono na egzekucję. Świadkowie odpowiadali pytaniem na pytanie: „To pani sędzia nie wie, że obóz był w Warszawie i że przewieźli ich z obozu?”. Na pytanie, co potem z nimi zrobili, odpowiadano mi, że zostali rozstrzelani. Na moje kolejne pytanie, co było potem, odpowiadano, że z powrotem zawieziono ich do obozu, bo tam spalono ich zwłoki… Tak się zaczęło. Gdy związek egzekucji ulicznych z istnieniem obozu stawał się coraz bardziej oczywisty, wówczas przedstawiłam w Komisji wniosek, że egzekucje uliczne są immanentną częścią mordów KL Warschau. Sprawa zbiegła się w czasie z wystąpieniem prokuratury niemieckiej w Monachium, która prowadziła własne dochodzenie w sprawie KL Warschau, z prośbą, by strona polska udostępniła materiał dowodowy w sprawie tego obozu. Wtedy dostałam formalne polecenie przeprowadzenia śledztwa w sprawie KL Warschau. Gdy zaczęłam je prowadzić i pojawiły się bardzo ważkie dowody, już w 1976 r. śledztwo zostało zawieszone i przerwa ta trwała do 1986 roku. Ale Pani prowadziła dochodzenie dalej – na własną rękę… – No cóż, łapie się nitkę i ciągnie. Jak nitka silna, to się idzie w głąb… Znowu zgłaszali się świadkowie w sprawie KL Warschau, niejednokrotnie z własnej inicjatywy. W 1986 r. wznowiłam więc śledztwo w sprawie KL Warschau, ale w międzyczasie prokurator Stanisław Kaniewski, który je nadzorował, zabrał mi akta bez sporządzenia odpowiedniego protokołu i zamknął w szafie pancernej na korytarzu na dwa lata. Przez ten czas nie miałam w ogóle do nich dostępu. Mówiono znowu, że nie było żadnego obozu, że to są jakieś wymysły. Zastosowałam następującą metodę: jeżeli ktoś przychodził do siedziby Komisji i pytał mnie o sprawę KL Warschau, to prowadziłam go na korytarz pod szafę pancerną i mówiłam: „Tu, w tej szafie zamknięte są akta. Oto jak przerwano i uniemożliwiono mi dalsze prowadzenie tego śledztwa”. Doprowadziłam w ten sposób do tego, że zrobiono mały film na ten temat. Wreszcie nowy dyrektor – Bogumił Dec, który chciał, żeby sprawy w Komisji były normalnie prowadzone, polecił prokuratorowi Kaniewskiemu, żeby wydał mi akta śledztwa dotyczące KL Warschau do dalszego prowadzenia, ale tamten nie wykonał tego polecenia. Proszę sobie wyobrazić, że zabrał klucze do tej szafy pancernej ze sobą, tak że trzeba było otworzyć ją urzędowo kluczami zastępczymi. Ale w ten sposób akta zostały mi zwrócone. Wielkim zwycięstwem było wysłanie kopii materiałów śledztwa do Niemiec 13 grudnia 1994 r., które były oficjalnym stanowiskiem strony polskiej – Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – w sprawie KL Warschau. Od tej pory nie można już było twierdzić, że obóz nie istniał, bo Niemcy dostali materiały niepodważalne, dotyczące istoty obozu, granic czasowo-terytorialnych, wielkości strat, urządzeń masowej zagłady. Ale teraz, jak się okazuje, co poniektórzy chcieliby to stanowisko znowu podważyć… Ma Pani zapewne na myśli trudności, jakie napotyka Komitet Budowy Pomnika Ofiar Obozu KL Warschau. Kiedy Państwo rozpoczęliście swoją działalność? – Po zgromadzeniu materiału jednoznacznie przesądzającego o ludobójczym funkcjonowaniu obozu można było zacząć myśleć o budowie pomnika, ale tu pojawiła się kolejna przeszkoda, a mianowicie brak publikacji na temat KL Warschau. Wówczas napisałam książkę na ten temat. Podczas jej promocji w 2002 r., zawiązał się Komitet Budowy Pomnika Ofiar KL Warschau. Ta pierwsza, skromna publikacja została przedłożona Papieżowi Janowi Pawłowi II, za którą otrzymałam najcenniejsze dla mnie podziękowanie. Doprawdy trudno w to uwierzyć, ale nie było wcześniej żadnej publikacji na temat tego obozu. Proszę przypomnieć, jak doszło do przyznania skweru im. Alojzego Pawełka jako terenu pod budowę Pomnika Ofiar Obozu KL Warschau? – Komitet Budowy Pomnika Ofiar KL Warschau zwrócił się oficjalnie w 2002 r. do Wydziału Architektury Urzędu Miasta Warszawa Wola z prośbą o przyznanie miejsca na lokalizację pomnika, bo na tym terenie był obóz. Urzędnicy z własnej inicjatywy zaproponowali lokalizację pomnika na skwerze im. Alojzego Pawełka przy ul. Prądzyńskiego (ściana byłego obozu) oraz opracowali projekt zagospodarowania przestrzennego tego skweru. Jako Komitet propozycję przyjęliśmy i zwróciliśmy się do Rady Miasta Warszawy, żeby wydała w tej sprawie stosowną uchwałę, i taka uchwała została jednogłośnie przyjęta 11 marca 2004 roku. Oto sentencja tej uchwały: „Wyraża się zgodę, by Pomnik Pamięci Pomordowanych w KL Warschau stanął zgodnie z wolą Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Obozu KL Warschau na skwerze im. Alojzego Pawełka w dzielnicy Wola Warszawy. Wykonanie Uchwały powierza się prezydentowi Warszawy”. Na czym w związku z tym polega problem z budową pomnika? – W uchwale Rady Miasta jej wykonanie zleca się prezydentowi miasta Warszawy. Dlatego zwróciliśmy się do prezydenta z prośbą o zatwierdzenie tej lokalizacji. Czy pojawiły się jakieś trudności w rozwiązaniu tej sprawy ze strony ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego? – W wywiadzie udzielonym „Naszemu Dziennikowi” 23 września 2005 r. wypowiedział się pozytywnie: „Ja przez dłuższy czas byłem informowany oficjalnie, że istnieje zasadniczy spór co do tego, czy ten obóz w ogóle istniał. Poza tym moją nieufność budziła osoba ministra Kąkola, za którego czasów ta sprawa wybuchła. Dziś wiem, że obóz istniał, więc problem jest rozwiązany. Pomnik będzie…”. Na pytanie: Kiedy?, ówczesny prezydent Warszawy odpowiedział: „Pieniądze są już w tej chwili”. W sytuacji, gdy prezydent Lech Kaczyński został wybrany na prezydenta RP, załatwienie tej sprawy przeszło na jego następcę – Hannę Gronkiewicz-Waltz. Jakie zatem jest stanowisko pani prezydent w tej sprawie? – 2 stycznia br. jako Komitet byliśmy na spotkaniu z Hanną Gronkiewicz-Waltz i przedstawiliśmy prośbę o zatwierdzenie tej lokalizacji. Pani prezydent powiedziała, że musi skonsultować tę sprawę z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim. Ale dlaczego? Przecież decyzja lokalizacyjna została już wydana i obecny prezydent Warszawy ma pełne kompetencje własne, aby ją wykonać, tym bardziej że poprzedni ostatecznie wypowiedział się pozytywnie. A nawet gdyby teoretycznie w minionym okresie wydał decyzję negatywną, to teraz nowy prezydent Warszawy w oparciu o aktualne akty samorządowe może wbrew temu podjąć decyzję pozytywną. Dlatego też tego rodzaju podejście do sprawy budowy pomnika wyglądało raczej, moim zdaniem, na szukanie pretekstu, aby takiej zgody nie wydać. I rzeczywiście tak się stało. W decyzji nr 290/WOL/07 z 16 lipca br. prezydent Warszawy H. Gronkiewicz-Waltz odmówiła ustalonej lokalizacji pomnika: „Odmawiam ustalenia lokalizacji inwestycji celu publicznego dla inwestycji polegającej na budowie Pomnika Ofiar Obozu Zagłady KL Warschau na działce nr 34 z obrębu 6-04-07 na skwerze im. Alojzego Pawełka w dzielnicy Wola Warszawy”. W uzasadnieniu pani prezydent powołała się na negatywne stanowisko Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. W uzasadnieniu pani prezydent czytamy więc „Brak akceptacji Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa dla założeń programowo-ideowych pomnika przyjętych przez zainteresowany Komitet (opartych na tezach książki Marii Trzcińskiej, które nie znalazły potwierdzenia w trwającym śledztwie prowadzonym przez Instytut Pamięci Narodowej) wynika z braku powiązania proponowanej lokalizacji pomnika z udokumentowanymi granicami obozu ani też z rzeczywistym miejscem pochówku ofiar obozu”. Przypuszczam, że nie zgadza się Pani z tą argumentacją… – Po pierwsze, skwer im. Alojzego Pawełka przy ul. Prądzyńskiego mieści się w ścisłych granicach obozu KL Warschau, o czym już była mowa. Chcę podkreślić, że to nie ja osobiście udowadniam ten fakt, ale przywołane zdjęcia lotnicze i ich odczyt w Państwowym Urzędzie Geodezji i Kartografii. Po drugie, nawet gdyby tak nie było, to przecież pomnik upamiętniający ofiary obozu nie musi stać ściśle w jego granicach terytorialnych, gdyż jest znakiem pamięci. Dlatego ten argument jest w ogóle nie do utrzymania. Jeśli zaś chodzi o kwestię „rzeczywistego miejsca pochówku ofiar”, to w tym przypadku należy zdawać sobie sprawę z tego, że ich ciała były palone w krematoriach, a prochy rozsiewane na gruntach miejskich na bardzo rozległym terenie pomiędzy Boernerowem, terenem obozu na Kole aż do ściany cmentarzy przy ulicy Powązkowskiej. Zostało to zresztą udowodnione przez specjalną komisję ekshumacyjną. Rozsiewano prochy – to jest straszna rzecz! W Warszawie mamy po prostu poobozowy cmentarz, po którym chodzimy, a który nie ma nawet tablicy informującej o tym. Doprawdy trudno sobie to wszystko wyobrazić! A jaki jest stosunek IPN do wyników Pani wieloletniego śledztwa prowadzonego w sprawie KL Warschau, na których oparta została wymowa ideowa projektu Pomnika Ofiar Obozu KL Warschau? – Obecny prezes IPN prof. Janusz Kurtyka wydał w tej sprawie stanowisko pozytywne. Kiedy zauważyłam, że w kontekście budowy pomnika pojawiają się różne przeszkody i próby dezinformowania społeczeństwa, złożyłam w IPN oficjalny wniosek, żeby w związku z projektem pomnika prezes IPN wydał oficjalne stanowisko w sprawie KL Warschau. Tak też się stało. W dokumencie z 26 października 2006 r. stwierdzone zostało „Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (…) w pełni popiera ideę budowy pomnika poświęconego ofiarom KL Warschau i jednocześnie wyraża należne uznanie i szacunek dla szlachetnej misji, podjętej przez członków Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Obozu – KL Warschau. (…) Prowadzone w Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu śledztwo w sprawie KL Warschau, będące kontynuacją postępowania rozpoczętego w 1974 r., oraz jego dotychczasowe rezultaty – w świetle uchwały Sejmu RP z dnia 27 lipca 2001 roku – pozwalają na uznanie treści tej uchwały za wystarczającą inspirację do dalszych działań na rzecz budowy pomnika w sprawie KL Warschau”. Dlaczego więc to stanowisko nie jest brane pod uwagę? Jeżeli zaś pan Andrzej Przewoźnik, a za nim pani prezydent H. Gronkiewicz-Waltz powołują się na wcześniejsze stanowisko pracowników IPN negujących KL Warschau, to jak mamy to rozumieć? Czyżby stanowiska formułowane w niechlubnym okresie zamazywania prawdy o obozie KL Warschau miały dziś ponownie stać się podstawą do szkodzenia sprawie w postaci braku zatwierdzenia lokalizacji i odmowy budowy pomnika ofiar KL Warschau? Ale w przytoczonym stanowisku napisane jest również, że IPN opublikuje raport Komitetu Budowy Pomnika Ofiar KL Warschau w sprawie tego obozu przygotowany przez sędzię Marię Trzcińską i raport dr. Bogusława Kopki, pracownika IPN, w celu upowszechnienia wyników badań na ten temat. Druga z zapowiadanych publikacji niedawno się ukazała. Co Pani o niej sądzi? – Przede wszystkim książka dr. B. Kopki nie dotyczy 5-lagrowego kompleksu KL Warschau, lecz przedstawia wyłącznie jeden lagier na terenie zlikwidowanego getta. Jest zastanawiające, że IPN, z którym wiązaliśmy nadzieję na prawidłowe zakończenie sprawy KL Warschau, wydał książkę dr. Bogusława Kopki, pozostającą w rażącej sprzeczności nie tylko z dowodami śledztwa, ale także z przytoczonym przeze mnie stanowiskiem samego prezesa IPN prof. J. Kurtyki. Najciekawsze jest to, że książka dr. B. Kopki pt. „Konzentrationslager Warschau. Historia i następstwa” jest plagiatem z moich publikacji. Pan dr Bogusław Kopka oparł swoją publikację, której promocja odbyła się 26 września br., na materiałach dowodowych opracowanych przeze mnie w śledztwie i na moich książkach: „Obóz zagłady w centrum Warszawy – KL Warschau”, wydanej w 2002 r., oraz „KL Warschau w świetle dokumentów – Raport dla Prezesa IPN na potrzeby szkół i budowy Pomnika”, wydanej na początku 2007 roku. Doktor Bogusław Kopka próbuje na siłę przedstawić inny stan faktyczny KL Warschau, niż był w rzeczywistości. Twierdzi np., że obóz ten nie był obozem zagłady, tymczasem o czym innym świadczy chociażby opublikowana przeze mnie mapa sporządzona przez Rudolfa Hessa, na której KL Warschau widnieje jednoznacznie jako obóz zagłady – vernichtungslager, oznakowany identycznie jak inne obozy zagłady: Treblinka, Auschwitz czy Majdanek. Powraca również zaniżanie liczby ofiar. Gdyby nie rozważać żadnych innych nieprawidłowości, przekrętów i kłamstw, to biorąc pod uwagę tylko ten jeden dokument – mapę Hessa, wbrew której dr B. Kopka twierdzi, że KL Warschau nie był obozem zagłady, a więc twierdzi co innego niż to, o czym ten dokument świadczy, to przez to samo cała jego książka staje się merytorycznie bezwartościowa. Bowiem z charakteru obozu, z faktu, że KL Warschau był obozem zagłady, wynikają wszystkie inne ustalenia, a przede wszystkim liczba mordowanych ludzi, które w obozach zagłady nie były doraźne, lecz systematyczne, wykonywane masowo, według narzuconych kontyngentów. Powtórzę jeszcze raz, w KL Warschau kontyngenty mordów narzucone przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie wynosiły do 400 Polaków na dobę, które – jak zeznał Otto Paul Geibl – były wykonywane. Można zadać pytanie, czy nie wchodzi w rachubę „przestępstwo oświęcimskie”. Jest cały szereg nieprawidłowości w tej książce, które wprowadzają Czytelnika w błąd. Ograniczyłam się na razie do tego jednego przykładu. Jak mimo tych przeciwności można pomóc sprawie budowy pomnika? – Społeczeństwo przyjęło z dezaprobatą decyzję pani prezydent. Od pewnego czasu organizowane są protesty z inicjatywy naszego Komitetu, jak również Stowarzyszenia Rodzin Warszawskich WARS i SAWA oraz Komitetu Upamiętnienia Ofiar Obozu Zagłady KL Warschau. Zakończą się one z chwilą wydania decyzji lokalizacyjnej dotyczącej pomnika na skwerze im. Alojzego Pawełka przy ul. Prądzyńskiego w granicach dawnego obozu i rozpoczęcia budowy pomnika. Podczas uroczystości rocznicowych powstania obozu, jakie odbyły się 7 października br., została wystosowana petycja do wojewody mazowieckiego z prośbą o uchylenie negatywnej decyzji prezydent H. Gronkiewicz-Waltz i rozpoczęcie budowy pomnika. Czekamy na odpowiedź. Kłopoty z obozem KL Warschau, jak widać, ciągną się do dziś, ale pomnik dla Polaków wymordowanych w KL Warschau powstać musi. Pomocą w realizacji tego celu ma być też ostatnia moja książka: „KL Warschau. Obóz Zagłady dla Polaków”, która będzie w księgarniach już w końcu tego miesiąca. Dziękuję za rozmowę. „Apelujemy do władz Miasta Torunia o poważne rozważenie sensu kontynuowania inwestycji na terenie obozu” - piszą uczeni, politycy, samorządowcy i Honorowi Obywatele Miasta Torunia Jacek Smarz„Apelujemy do władz Miasta Torunia o poważne rozważenie sensu kontynuowania inwestycji na terenie obozu” - piszą uczeni, politycy, samorządowcy i Honorowi Obywatele Miasta Torunia. Do mediów trafiła informacja o odkryciu kolejnych masowych grobów na terenie dawnego obozu jenieckiego na Glinkach. Od lat wiemy, że na tamtym terenie zginęło około 15 tysięcy żołnierzy radzieckich więzionych przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej. Obóz nie przestał działać również po wojnie, niemieckich strażników zastąpili strażnicy z czerwonymi gwiazdami na czapkach z NKWD, a więźniami stali się wzięci do niewoli żołnierze Wehrmachtu. Teraz z każdym dniem odsłania się straszna skala tragedii, jaka tam wydarzyła się także w latach powojennych. W przeprowadzonych wcześniej i obecnie trwających ekshumacjach wydobyto już prawie 3 tysiące szczątków żołnierzy niemieckich, przy wielu z nich znaleziono nieśmiertelniki pozwalające określić tożsamość zmarłych. Odkryto również szczątki kobiet i dzieci. Pojawiają się wspomnienia, dokumenty, świadkowie, dzięki którym można przypuszczać, że na terenie obozu byli również przetrzymywani, że również tam ginęli Polacy - z Bydgoszczy, Torunia, Borów Tucholskich - oni nie nosili nieśmiertelników, dzięki którym można zidentyfikować ich wśród masy na ten temat: Osiedle Cmentarna Polana na Glinkach w Toruniu?Zaskakująca jest decyzja o budowie osiedla mieszkaniowego na terenie dawnego obozu jenieckiego, mimo powszechnej wiedzy o tragicznych wydarzeniach, które tam miały miejsce, choćby w pierwszym okresie istnienia obozu w latach 1941-1945. Tym bardziej zaskakująca jest decyzja o kontynuowaniu prac budowlanych, mimo znalezienia kolejnych masowych grobów dokładnie w miejscu mającego powstać osiedla. Należy poważnie zastanowić się, czy nie przekroczono granicy, za którą trudno już mówić o szacunku dla zmarłych i szacunku do miejsca ich pochówku. Jak byśmy zareagowali na wieści, że gdzieś w miejscu zbiorowych polskich mogił w Niemczech czy Rosji buduje się osiedle mieszkaniowe? Tym bardziej że do dziś na Glinki przyjeżdżają rodziny tragicznie zmarłych z Niemiec i Rosji po to, żeby poznać miejsce kaźni, odszukać swoich też Tajemnica kamienicy przy Rynku Staromiejskim [ZDJĘCIA] Czytaj dalej - kliknij poniżej:Apelujemy do władz Miasta Torunia o poważne rozważenie sensu kontynuowania inwestycji na terenie obozu, może należy jednak przerwać budowę i powstające obiekty przeznaczyć na cele edukacyjne, muzealne lub takie, które nie będą tak raziły w kontekście miejsca ich powstania na terenie obozowych grobów? Apelujemy o dokładnie przebadanie całego obszaru obozu na Glinkach, mając nadzieję, że również właściciele prywatnych nieruchomości pozwolą przebadać swój teren. Apelujemy do władz Miasta Torunia i prywatnych inwestorów o dokładne zapoznawanie się w przyszłości z miejscami planowanych inwestycji, żeby nie dochodziło już nigdy więcej do równie makabrycznych sytuacji. Apelujemy o właściwe upamiętnienie tamtego miejsca. Jest to również przyczynek do podjęcia dalszej dyskusji o właściwym upamiętnieniu innych miejsc martyrologii w Toruniu, choćby Forcie VII, Forcie VIII, gmachu Gestapo i UB. Apelujemy o szacunek do miejsc wielkich tragedii, Glinek i innych wyżej wymienionych, bez względu na miejsce pochodzenia ofiar, które nie zginęły z żołnierską bronią w ręku, ale zmarły z wycieńczenia, głodu, chorób lub zostały wprost zamordowane. Czytaj też: Monitoring w przedszkolu i żłobku. Kto podgląda dzieci?Dr Hubert Czachowski - dyrektor Muzeum Etnograficznego w Toruniu; prof. Stanisław Dembiński - były Rektor UMK i senator RP ; prof. Jan Hanasz -Honorowy Obywatel Miasta Torunia; Adam Kowalkowski - przewodnik, wiceprezes Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Toruniu; prof. Krzysztof Mikulski - prezes Towarzystwa Miłośników Torunia oraz Polskiego Towarzystwa Historycznego; prof. Zofia Mocarska-Tyc - Kierownik Zakładu Wiedzy o Kulturze Instytutu Literatury Polskiej UMK; Lech Narębski - były Miejski Konserwator Zabytków; Marcin Orłowski - badacz dziejów Stalagu w Toruniu, dziennikarz; prof. Wojciech Polak - historyk dziejów najnowszych Torunia, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej; dr hab. Antoni Stawikowski - Honorowy Obywatel Miasta Torunia; prof. Andrzej Tyc - były wojewoda toruński i senator RP; dr Jerzy Wieczorek - Honorowy Obywatel Miasta Torunia; Józef Wierniewski - były dyrektor V LO w Toruniu; Jan Wyrowiński - były Wicemarszałek Senatu